Kuchenne voodoo

Jestem osobą z natury leniwą. Nie lubię komplikować rzeczy bardziej, niż jest to konieczne. Z tej wlasnie przyczyny, jeśli przepis na potrawę X można znaleźć w Internecie na Y rożnych sposobów, zazwyczaj szuka, tego najprostszego. Przykładowo, zawsze szukam wersji przepisu, gdzie nie oddziela się żółtek od białek – nie jest to wielko problem, ale jak jest tych jajek do rozdzielenia kilka, robi sie z tego już sporo pracy. Dało się taki przepis znaleźć na przykład w przypadku ciasta kruchego – sprawdziłem, działa, nie znalazłem jakiejś kluczowej różnicy w stosunku do wersji z rozdzielaniem jajek.

Czasem przepisy ocierają sie o kuchenne voodoo (por. Audio voodoo – poszukaj w googlach) – przepis jest kosmicznie skomplikowany, ale na dobra sprawę nie wiadomo po co, ew. zmiany dają minimalny efekt. Jednym z przykładów jest przepis na omlet (w moim wydaniu – gruby mączny placek do smarowania dżemem – wiem, że omletem może być też cienki placek jajeczny z warzywami w środku). Przepis w wersji skomplikowanej polega na rozdzieleniu białka od żółtka, z żółtka robi się kogiel mogiel, białko się ubija na pianę, później to się łączy, dodaje mąki, wody gazowanej itp., itd, a wszystko po to, żeby omlet był puszysty. Pewnego dnia robiłem omlety na śniadanie – dla Żony zrobiłem wersję ze wszystkimi szykanami, ale dla siebie już mi się nie chciało. Efekt: ten Żony był może o 3mm bardziej puchaty, ale czy to zasługa oddania czci kuchennym bóstwom, czy czegoś innego, to ja nie wiem.
Podsumowując: może czasem nie warto się wygłupiać?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *